Michigan późnym latem

Z poprzedniego podejścia do trzytygodniowych wakacji, które miało miejsce w ubiegłym miesiącu, wykrzesaliśmy właściwie tylko dwa dni, jakie mogliśmy spędzić jak się należy, mianowicie na słoneczku i nad wodą. Konsekwentnie proces chłonięcia owej heliocentrycznej energii musiał ulec daleko idącej intensyfikacji, (ilość przechodzi w jakość, psiakość) co zaowocowalo zmianą skóry, nie, nie przesłyszeliście się, nie zmianą zabarwienia skóry, ale zmianą skóry, która się po prostu złuszczyła, jak u tego węża grzechotnika Zdzicha, o którym śpiewał popularny zespół krakowskiej piosenki prześmiewczej lat temu ohohooo, a może jeszcze więcej.  Nabrawszy w ten sposób pewnej odporności na wnikanie ultrafioletu w głąb naszych nosorożcowych powłok, postanowilismy się że tak powiem (uczciwszy uszy) dopalić, tym razem na spokojnie, albo przynajmniej na wzlędnie spokojnie.

Jak co trzy tygodnie z haczykiem, przysługuje nam weekend czterodniowy, a to za sprawą specyficznego rozkładu jazdy w robocie, czyli siedmio, a nie obyczajnie pięciodniowych tygodni pracy w sektorze państwowym.  Nie wnikajmy w szczegóły, bo to inny temat.  Jeśli więc dobierzemy dzień wolny na początku i dzień na końcu takiego długiego weekendu, możemy zorganizować sobie imponujące sześć dni wolnych. Dwie takie imprezy i zaliczamy nadprogramowy urlop prawie taki sam, jaki należy się pracownikowi w firmie prywatnej za cały rok.

Niewiele więc myśląc, rezerwujemy sobie wolne z pozostałych dni świątecznych (bo święta także obchodzimy niekoniecznie w dni świąteczne, a częściej w innych terminach – publiczna służba służboj, drużba drużboj).  Cieszymy się jak małe, naiwne dzieci na ten tydzień plażowania.

Oj, zaiste, naiwni, naiwni, naiwni, jak dziecko we mgle, jak robak na szkle…  Wszak w poprzedniej opowiastce w pięciu odcinkach już zostało klarownie nadmienione, iż nasze Dziecko własnie sprzedało chałupę z potężnym wybiegiem i strzelnicą na wsi i zakupiło okazyjnie domek bez strzelnicy już w dużym mieście od jakiejś babci emerytki, której taka obszerna rezydencja już potrzebna nie była, jako że z reguły ludzie na starość pozostają samotni.

Cóż taka transakcja mogłaby mieć wspólnego z naszymi wakacyjnymi zamiarami?  Otóż wiele. Piękny naszego Dziecka aż gwizdnął z zachwytu.  Och, tyle roboty do zrobienia!  Bo jak wiadomo, on jest niesamowity kot na robotę, a robota się go boi i pali mu się z trwogi w rękach.  A jego szanowny tato to na tę robotę jeszcze większy egzemplarz kota.  Otóż tym dwóm panom kotom oczka się najpierw zaświeciły, potem zwęziły chytrze (jak to u kotów) i zaraz poczynili wstępne plany.  Zerwanie tapet i pomalowanie ścian i sufitów w dwóch pomieszczeniach, zerwanie dywanów i odświeżenie pięknego, dębowego parkietu pod spodem, generalne czyszczenie i mozna sie sprowadzać. I odłożywszy drobniejsze zlecenia, dwa koty do roboty, dawaj, mościć gniazdko dla lubej z potomstwem.  Żeby im się we dwójkę nie nudziło, zatrudnili jeszcze jednego Meksykanina, a ta nacja takoż słynie z zamiłowania do pracy, zwłaszcza ciężkiej.  W ten sposób juz trzy koty do roboty.  Tymczasem, oswiadczyli, proszę nam nie przeszkadzać i rodzinę w try miga zapakowali do ciężarówki (z czteroosobową kabiną) i wywieźli na Sybir do rodziców.  Tylko pies został, bo gdzie trzy koty, tam musi być i pies.

IMG_20160829_130153600[1].jpgKibitka na Sybir (z co najmniej czteroosobową kabiną)

Ale, ale.  Trzy koty, to zwykle jak się już razem spikną i ujrzą robotę, ktorą trzeba zrobić, obliżą się z apetytem, naostrzą narzędzia i dają nura w wir aktywności, niestety twórczej.  Tapety, podłoga i malowanko?  Non mi far rindere! (Piękny posiada makaroniarskie korzonki po ojcu).  Pół chałupy skubańcy rozpirzyli w drebiezgi i najprawdopodobniej Dziecko z Wnusią będzie musiało pozostać u nas na dłużej.  Mi się to podoba, jako że Córunia gotuje smacznie i nieciężko, lubiąc w dodatku to zajęcie.  Ale zaplanowane wakacje zbliżaja sie krokami milowymi i co tu robić…

“Jedźcie – powiada latorośl – przez te kilka dni dam sobie sama radę.” Pewnie, że sobie da radę, to jej dom rodzinny i wie, jak się w nim poruszać.  Zatem jedziemy.  Przystępujemy do gromadzenia plażowych łachów, okularków słonecznych, kremików na oparzenia, lornetek do podglądania młodych dziewczyn i innych rzeczy niezbędnie koniecznych do kilkudniowego dolce far niente.

I teraz do rzeczy.  Piszący te słowa nie byłby piszącym te słowa, gdyby wszystko mu wiodło się zgodnie z planem. Pójdźmy jeden stopień dalej i spójrzmy odważnie prawdzie w oczy.  Piszący te słowa nie byłby piszącym te słowa, gdyby cokolwiek mu się wiodło zgodnie z planem.

Pan metoeloro… metaboloro… malago… mamałygo…  (a niech to!)  pan od pogody ze szklannego indoktrynatora, ze złośliwie triumfalnym uśmieszkiem ćwierćinteligenta poinformował nas entuzjastycznie, iż będzie tak: Do czwartku wprawdzie słonecznie, ładnie i gorąco, w czwartek, pierwszy dzień naszych wakacji, będzie może nawet wciąż pogodnie, ale może wieczorem troszeczkę popadywać,  w piątek zimno i ma lać, w sobotę pochmurnie z opadami, w niedzielę słońce przez łzy, w poniedziałek słońce i ciepło, we wtorek burze z piorunami. We środę to ja już nie dbam, bo idę do roboty, prawdopodobnie na podwójną, szesnastogodzinną zmianę.

Litwin, Żemajtis kukutis, uparty, choć rodem ze Stolicy. Nie wiem, jak wy, ale my jedziemy, niech się pali i wali. Modsze Dziecko zatem zawiezie siostrę i malutką siostrzenicę do nowego domku, który już w sobotę okazać się ma  częściowo przynajmniej mieszkalnym, jako że trzy wspomniane wcześniej Mruczusie zmobilizowawszy się jeszcze bardziej, nocami nie spali, nie jedli, nie pili, tylko oddali się bez reszty morderczej pracy u podstaw i doprowadzili chawirę do stanu używalności, choć na razie względnej. Zatem wyjechawszy w niedzielę. możemy mieć szansę pobycia nad jeziora brzegiem przez dni trzy. To w połączeniu z nasza poprzednią wycieczką da tydzień roboczy plażowej laby.  Niech będzie.

I cóż, szanowne Czytelniczki (nie mówiąc juz o Czytelnikach), zapewne tuszą sobie w duchu, że Dzieci wsiadły, poooojechały, a my wyjechaliśmy w spokoju ducha i ciała nad wodę, aby si e powygrzewać i powietrzyć na nadmorskim piasku jeziora Michigan, i wszyscy żyli długo i szczęśliwie?

Wot, Wania sztoż za durnyj wapros. Przecież gdyby tak się stało, dobrnęlibyśmy w tym miejscu do żałosnego a przedwczesnego końca naszej przypowieści. A tak, jak należałoby się domyślać, nie jest.  To dopiero pierwszy rozdział relacji z wakacyj. W następnym odcinku zawrzemy jaknajzwięźlej chronologiczną historię wakacyjnych perypetii.

Ciąg dalszy tu

 

 

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s