Pierwszy dzień wakacji

Poprzedni odcinek

 

Plany, plany…  Pamiętamy ten stary kawał o planowej gospodarce.  W sobotę wieczorem wieczorna msza i chwila wytchnienia wewnętrznego po tym całodniowym galimatiasie. Można instytucję Mszy przyjmować jako wyrzeczenie, a uczestnictwo w niej jako dobry uczynek, ale to chyba błąd, który popełniali faryzeusze.  Msza to jest dla nas przywilej, a korzyści z uczestnictwa przypadaja głównie nam, ludziom.

Forteklapa w kościele jak zwykle razi, ale sytuację stara się ratować delikatny akcent akustycznych gitar z rozważnie aplikowanym basem. Brakuje organów, które przecież Sobór uczynił instrumentem głównym i obowiązkowym.  Jakieś elektryczne organki kurzą się gdzieś pod ścianą, nigdy nie używane… Fortepian to zdecydowanie nie to.  Nie tu.

Idziemy lulu wcześniej niż normalnie.  Śnimy o jutrzejszym południu , kiedy to będziemy się w najlepsze prażyć na piasku niczym para bratwurstów na ruszcie, po uprzednim podgotowaniu w piwie z dodatkiem łyżki masła.

Budzi mnie zapach kawy instant, bo przecież nie ma czasu na zwykłą kawę z perkolatora, czyli zaparzaczki, i krzątanina w kuchni. Moja Ela szykuje kanapki na drogę z surowym salami, które smakuje trochę jak prosciuto i z surowym ogórkiem. No przecież.  Całe trzy godziny będziemy w drodze i bez prowiantu moglibyśmy z głodu uświerknąć na smierć. Ponoć moja ślubna to Warszawianka od wielu pokoleń, ale śląskie, czy też poznańskie geny chyba się gdzieś w niej szwendają. Ślązak, jak wiadomo, z pierwszym gwizdkiem lokomotywy wyciąga wiktuały.  A może… Starsi i Mądrzejsi czynią to samo.

Telefon od dzieci (dochodzi ósma). Jeszcze jedna poranna kawka. Wpół do dziewiątej. Poranna toaleta, tak zwane robienie włosów, wałki, suszarka, lakiery, bajery.  Dziewiąta piętnaście.  Gdzie sa moje lekarstwa? Przed chwilą miałam je w ręku.  W pewnym wieku medykamenta stają się integralnym elementem codziennego itenereru. Wreszcie sprawdzamy, czy woda zakręcona, okna pozamykane, światła wyłączone, i w drogę.  Za parę minut dziesiąta. Według zamierzeń, za półtorej godziny powinniśmy być w motelu. Poczciwy eksplorer wprawdzie idzie zaskakująco równo i pali mniej niż myśleliśmy, pewnie w podzięce za wczorajszy serwis, ale ponaddźwiękowych osiągów wymagać odeń nie można. Choć na dworze słoneczko praży, w środku zimno jak w psiarni za sprawą tego świeżego freonu w instalacji.

W niedzielę rano ruch niewielki. Po godzinie wjeżdżamy na autostradę biegnąca w poprzek stanu i od razu trafiamy na miejsce zwane Dunkin Donuts.  Nazwa tego miejsca jest zniekształceniem formy Dunking Doughnuts i pochodzi od wściekle słodkich okrągłych ciasteczek, które można maczac w kawie albo kakale. Kawę dają tu dobrą jak na tutejsze uwarunkowania. Trzeba się koniecznie zatrzymać.  Ela tęsknym okiem spogląda na piętrzące się na półkach eklerki, obwarzanki, budyniówki, bułeczki, które udaja drożdżówki, ale wie, że mamy owe kanapki z salami i cztery babeczki z jagodami. Więc tylko kawa i po kanapce.

Jakieś sto kilometrów przed celem łapie nas korek.  Wiadomo.  W tym kraju drogowcy mają dwie pory roku.  Porę zimową i porę robót drogowych. Jak widać pracuje się w niedzielę. Przez kilka mil posuwamy się noga za nogą, a właściwie koło za kołem. Gdy mijamy brygadę drogowców o dziarskiej aparycji, konstatujemy, że tylko jeden z nich grzebie szuflą w lejącym sie betonie z gruszki umieszczonej na ciężarówce, drugi wyrównuje zaprawę pływakiem zwanym bull float, a reszta się gapi i drapie po powiedzmy oględnie plecach. Oczywiście. Praca w niedzielę to grzech, a jak powiadają starożytni Indianie, niedzielna praca w g… znaczy się wniwecz się obraca.

Pracuje się !!!

maryland-project-labor-agreementsCóż tu wiele gadać.  Do motelu dotarliśmy około drugiej po południu.  Pobłądziliśmy bowiem jeszcze dwa razy, raz na chwilę, drugi raz w Holland, mieście docelowym, juz nad brzegiem jeziora.

Holland, jak nazwa sugeruje, założony został przez osadników z Niderlandów i do dziś widać tu ślady tradycji.  Najsampierw, głęboki konserwatyzm mieszkańców i niezwykła czystość na ulicach i w obejściach.  Także niezbyt reprezentacyjne fizjognomie w połączeniu z ciepłą życzliwościa wobec siebie nawzajem i przyjezdnych.  Wszystko związane jest z wodą, portem,marynistyką, rybołóstwem. Są mleczarnie, img_20160911_1720006241serownie i ośrodki kultury, gdzie można kupić na pamiątkę chodaki drewnianne, tulipany i ich cebulki, a także czekoladę i holenderski ser gouda.  Są nawet wiatraki, choć tylko na niby, bo skoro nie ma polderów, nie ma skąd wypompowywac wody. Jest kilka plaż miejskich i kilka stanowych, ale my wybieramy sie do Oval Beach, położonej w Saugatuck, około piętnastu kilometrów na południe od miasta. Podobno jest to najładniejsza z okolicznych plaż.

Ciąg dalszy tu

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s