Początki są najtrudniejsze

Poprzedni odcinek tu

Spotkaliśmy się z opinią, jakobyśmy pisali przezabawnie.  To miłe, ale kredyt nie należy się nam, tylko życiu, które pisze przezabawne scenariusze.  Życie przeważnie sobie z nas żartuje, tylko że my, zaślepieni naszym egocentrycznie emocjonalnym podejściem, opisujemy je przez pryzmat naszej permanentnej frustracji, czyniąc nasze relacje zwyczajnie nudnymi.  A tak niewiele trzeba, aby zgodnie z intencjami Życia, razem z nim  śmiać się radośnie na całe gardło.  Wszystko jest kwestią podejścia.

Powróćmy zatem do motywu naszego wakacyjnego wyjazdu.  Jak zdążyliśmy skonstatować, przeminęły z wiatrem już dwa cenne dni przeznaczone na wypoczynek.  Jednego dnia szykowaliśmy dzieci na wyjazd do nowej rezydencji, a drugiego dnia popadywało i siedzieliśmy w kuchni smażąc naleśniki oraz krokiety z mięsem rosołowym, aby się ono nie zmarnowało.  Mamy więc sobotę i dzieci jadą do domu, a my na wczasy.

Czym ja was zawiozę? – zastanawia się Młodsze. Właśnie rozpaprało swoje sportowe volvo, mając zamiar ustawić zawieszenie i maszyna stoi rozkraczona w garażu, a części ułożone są starannie na płachcie płótna obok.  Zresztą w tym bolidzie i tak nie wystarcza miejsca na siostrę, siostrzenicę na siodełku, kołyskę, wanienkę, torby z pieluchami i butelkami  i półtorej tony innych niepotrzebnych niemowlęcych artykułów użytku codziennego.  Osobowy Chrysler takoż brzęczy niczym teściowa na zięcia, jako iż coś się tam również obluzowało w zawieszeniu. To może zdejmiemy z kołków ten przechodzony explorer, który od  czterech miesięcy oczekuje drobnych napraw.  Pali sporo, ale miejsca w bród i powinien dojechać w jednym kawałku.  Dawajcie, pakujemy się.

Z trudem zamknęliśmy tylną klapę bagażowego kompartmentu.  Pożegnali się wylewnie, uściskali, szczególnie Wnusię, drzwi kłapnęły ze wszystkich czterech stron świata i doświadczony kierowca przystąpił do przekręcania kluczyka w stacyjce rozrusznika.

Hej, nie tak ostro. Maszyna nie odpala.  Martwa cisza.  Wiadomo, podczas pakowania drzwi były otwarte i lampka wewnętrznego oświetlenia paliła się płomieniem jasnym, bateria stara i sfatygowana zdechła, po polsku akumulator.  Ale nie czas na dywagacje, trzeba pożyczyć trochę prądu od innego wehikułu i gdy się będzie jechać nieprzerwanie, to się trochę podładuje.

Niewiele myśląc, albo raczej w ogóle nie myśląc (po co?), podprowadzamy żoninego Chryslera (tego, który brzęczy), otwieramy maskę i usiłujemy podłączyć zaciski złodziejskiego kabla.  Co się okazuje? Przecież Chrysler klemy ma nie pod maską, a w bagażniku. Musimy go wyprowadzić, odkręcić i podjechać tyłem.  Moje ślubne szczęście niezmierne zaczyna dygotać i odpala papierosa od strony filtra.

Wreszcie Explorer zagdakał.  Żegnamy się jeszcze raz (tego nigdy nie za dużo),  klakson i  tylne światełka nikną stopniowo w dali sinej…  Dobra nasza.  Teraz my.  Pakować się!

Pięć minut po wyjeździe, nagły telefon z trasy.  Tata, klimatyzacja nie działa.  A co, czemu ma działać w wehikule nabytym za psie pieniądze od arabów?  Wiem, że nie działa, ale na dworze nie jest gorąco, otworzycie wywietrznik i przez te dwie i pół godziny jakoś dojedziecie.  Poprzewracało się w głowach temu młodemu pokoleniu.  Za naszych czasów tylko nieliczne samochody posiadały radio, a o klimatyzacji nikt nawet nie śmiał marzyć.  Poza tym czy to moje auto?  Ty masz dwa (Dziecko ewidentnie kolekcjonuje przechodzone samochody)  i Mama ma dwa, a ja jestem persona non grata, czyli osoba nie posiadająca samochodu. Ale Mała nie będzie dobrze spać, martwią się.  Na razie śpi, a martwić się będziecie jak się obudzi.  No dobrze.

Po piętnastu minutach następny alarm.  Sprawdzamy opony na stacji.  Czy coś nie tak z oponami?  Jak na razie nie.  To po co ten alarm?  Ano, na wszelki wypadek…  Zaraz dolejemy wachy pod korek i ruszamy dalej.

No nareszcie. Zabieram się za sprzątanie naszego autka.  Otwieram tylna klapę bagażowego kompartmentu…  i zakręciwszy się na pięcie, biegnę do domu i teraz my dzwonimy z alarmem.  Natychmiast zawracajcie i jedźcie do nas.  Co się stało?  Zapomnieliście zabrać wózek dla Małej.

Tak jakbym słyszał zmięte w wargach bezgłośne a ordynarne przekleństwo.  Bo przy Dziecku przeklinać na głos wszak nie uchodzi.

Po kilkunastu minutach życie namalowało następująca rodzajówkę.  Stoją sobie dwie terenówki jedna przy drugiej.  Młodsze Dziecię siedzi bezwładnie na zderzaku z głową frasobliwie podpartą niczym ten posąg Augusta Rodina przedstawiający myśliciela, starsze miota się tam i z powrotem w panice przeładowczej, moje ślubne szczęście trzęsie się z nerw jak galareta i rozgląda za pigułkami na ciśnienie, Dziadek, znaczy się ja, upycha bambetle do tego sprawnego wehikułu, a Wnusia co chwila obdarza Wszechświat promiennym uśmiechem, jakby się z nas wszystkich naigrywała.

auguste-rodinAugust Rodin

Dobrze. Graty są już upchane w jedynym sprawnym samochodzie, w którym już jest nawet wózek, a klima dmucha jak się należy, zajedziecie w komforcie.  Zadowoleni?  A czym wy pojedziecie na wakacje? – pyta starsze.  Pojedziemy tym bez klimy.  Dobre dziecko, troszczy się o starych rodziców. Weźcie teraz kropelki na uspokojenie i  jedźcie wreszcie, tylko nie zaśnijcie po droescultura-contemporaneadze od tych kropelek.  Po kolejnych wylewnych pożegnaniach, tylne światła terenówki giną w sinej mgle…  Chyba to już będzie akt finalny tej farsy w wykonaniu naszych młodych aktorów, a w reżyserii Życia.  Tymczasem zbiera się na deszcz. Jakże by inaczej?

Hej, deszcz, dobra nasza.  Powiadają, że dobry gospodarz wykorzysta nawet fakt że mu się krowa zrąbała na środku podwórka. Wyjazd odkładamy więc na jutro wcześnie rano.  A teraz pojedziemy sprawdzić tę nieszczęsną klimę, która przez całe lato czekała bezskutecznie na podjęcie decyzji przez właściciela.

W zakładzie specjalistycznym zapisy na poniedziałek.  O, nie, w poniedziałek będziemy całymi jestestwami wchłaniać przez skórę życiodajną energię najbliższej nam gwiazdy.  Jedziemy do drugiego warsztatu, pod egidą Amerykańskiego Związku Automobilistów. Tu dają nam orientacyjną wycenę za przegląd i naładowanie systemu, a wychodzi nawet taniej niż w zakładzie specjalistycznym.  Tę różnicę przeznaczamy więc na wymianę oleju. Za godzinę zadzwonią ze szczegółową wyceną.

W międzyczasie idziemy na małe zakupy. Kupujemy wodę mineralną na drogę, jakieś suche wędlinki i co tam jeszcze.  Jak na razie Dzieciaki nie dzwonią, chyba jadą, a nawet dojeżdżają. O, jest telefon z warsztatu.  Maszyna zrobiona, klima dmucha w nos arktycznym powietrzem, freon nie cieknie, przyjeżdżajcie, zabierajcie, nic więcej się nie należy, szerokiej drogi i gumowych drzew.  Dobrze.  Przyjeżdżamy, zabieramy, a zostawiamy tego brzęczącego Chryslera. Zobaczcie, co w nim jest.  Okazuje się, że trzeba wymienić stabilizatory po obydwóch stronach i przegub kulowy, a potem ustawić zbieżność.  Dzień się kończy, zrobimy to w poniedziałek, powiadają.  Może być, ale odbierzemy we środę, albowiem mamy intencję wyjechać nad jezioro na trzydniowy relaks. Nie ma sprawy.

Teraz krótka wizyta w punkcie wymiany akumulatorów.  Specjalista załamuje ręce.  Ludziska, macie baterię z zupełnie innego pojazdu, ze dwa razy mniejszego niż wasz, ponadto zużytą i w fatalnej kondycji.  Determinacja przeważa, kolejna suma staje się inwestycją w samochód, który przecież nabyliśmy (od arabów), właściwie tylko na zimowe śnieżyce i ślizgawice.  No i szafa gra.  Klima dmucha, a akumulator kręci rozrusznikiem nie przymierzając jak moja Żona moim skromnym ja.

Zapadł cichy wieczór, jak w tej popularnej ruskiej piosence.  Dość wrażeń na dziś.  Jeszcze tylko pójdziemy do kościoła na wieczorną sobotnią mszę (w US of A to uchodzi). Potem na kupkę pośrodku pokoju zgromadzimy rzeczy do zabrania i udamy się na wcześniejszy spoczynek.  Dzieciaki nie dzwonią, ale gdyby coś się stało, nie omieszkałyby przecież dać znać.  Moja Ela się dodzwania, wszystko w porządku, zajechali, siedzą i pichcą kolację.  Zajechali z opóźnieniem, albowiem najmłodsza nasza Pociecha z właściwym sobie poczuciem humoru zrobiła to, co ta krowa na podwórku u dobrego gospodarza.

Zmodyfikowany po raz któryś plan opiewa teraz na wyjazd w niedzielę o ósmej, tak, by około jedenastej zaokrętować się w motelu i w południe lec wreszcie na rozgrzanym do czerwoności piasku nadmorskiej plaży jeziora Michigan.

Ciąg dalszy tu

 

 

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s