Koniec laby

Poprzedni odcinek tu

Motel nazywa się Quality Inn.  Ma tam jakieś promocje, na które należy się zapisywać.  Tak długo jak nie wymagają od nas zbyt wiele prywatnych detali, to niech im będzie. Dostaliśmy pokój przeznaczony dla inwalidów, pewnie panienka recepcjonistka lubi nas z jakichś powodów.  I tak, drzwi są najbliżej konsjerżki, a co to znaczy, za chwilę się okaże.  Także boczne wejście jest zaraz za rogiem, co umożliwia wyjście na papieroska (dobrze, że nie palę).  Łazienka nie ma wanny, ale za to jest podwójny prysznic w potężnej kabinie, a właściwie nie jest to kabina, tylko segment posadzki osłonięty nieprzemakalna kurtyną.  Mankamentem pokoju dla niesprawnych jest przesadna wysokość tronu w toalecie oraz łóżka, które wprawdzie jest strasznie szerokie, ale trzeba uważać żeby nie spaść, bo można sobie zrobić krzywdę.  Na przykład kuku na muniu.  Na obydwóch obiektach siedząc, nogi wiszą w powietrzu.

Moja Ela włącza telewizor, nie wiem czemu, bo rozebrana przez słońce, natychmiast zasypia snem sprawiedliwych.  Trump coś tam gada, zostawmy sprawy wielkie ludzim wielkim albo takim, którzy mniemają, iż są wielcy. Trzeba znaleźć pilota żeby to cholerstwo wyłączyć.

Maszyna z lodem znajduje się zaraz obok w korytarzu.  Także w głównym foyer, dziesięć metrów dalej,  jest maszynka z zimnym sokiem jabłkowym i pomarańczowym.  Najlepiej smakują obydwa zmieszane i jeszcze z dodatkiem wody.  Jest i w miarę dobra kawa, żeby się lepiej spało. Pół nocy zatem przebiega na śledzeniu na Sieci rozmaitych wydarzeń w świecie.  Srebro trochę spadło w cenie, złoto sie nie liczy bo i tak manipulowane, czego dowodem cena platyny, która wciąż jest niższa od złota, choć nadrabia.  Turcy dogadują sie z Putinem (przyszła koza do woza).  Syryjczycy zrąbali izraelski mysliwiec i takiż dron. Na pejsbuku arabska dzicz dręczy psa.  Krzywdzić psa to większa zbrodnia, niz krzywdzic człowieka, bo po pierwsze, pies jest zawsze dobry.  Nawet jak zły, to dobry.  A człowiek raz dobry, raz zły, choć każe nam się wierzyć, iz z Natury dobry.  A po drugie, człowiek ma duszę, która ma szansę iść do Nieba (upraszczając sprawę), a nawet zdobyć atrybut świętości.  A pies nie wiadomo, co tam ma.  Święta Brygida powiedziała, że nasze zwierzaki będą miały wiele do powiedzenia o nas na Sądzie.  Franciszek biedaczysko czytał Pismo dla brata-wilka. A Bernardyn powiedział w roku 1150:  Qui me amet, amet et canem meum…  I jak tu przebaczać najeźdźcom?  Skoro dręczą bezbronnego psa, to gorsze rzeczy będa wyczyniać z rozbrojonym Polakiem. Człowiek by chwycił heckler-kocha, albo obyczajnego kałacha i po prostu pociągnął serią po tej zdegenerowanej biomasie.  I odpuść nam jako i my odpuszczamy.  Świat nas literalnie zmusza, abyśmy sami dla siebie prosili o potępienie.

W Calais węgierski kierowca się wkurzył na tych nieszczęśliwych uchodźców, co mu rzucali butelkami i kamieniami w ciężarówkę i chciał w nich wjechać, rozpędzając towarzystwo na sześć stron świata.  I jego ciągają po sądach, a nie dzikich. Dość tego buszowania po Sieci.

Nie, nie da się spać.  Biedne, biedne, czarne psisko.  Och, żebym ja tam był…  Po co ludzie zamieszczają takie filmy na Sieci?  Jeszcze jedna kawa i wreszcie nad ranem można się trochę zdrzemnąć.  Nie na długo jednak, bo śniadanie dają od szóstej do dziewiątej.

Przekąska nazywa się kontynentalną, ale to pozór.  Jest to pełnowartościowy posiłek, podchodzi się i nabiera ile wlezie. Są nieśmiertelne bajgiełki, prawie że autentycznie żydowskie, które się wkłada do nagrzewajki zwanej swojsko tosterem, są okrągłe płaskie bułeczki zwane english muffins, są słodkie drożdżówki, są rozmaite płatki śniadaniowe i owsianne, dalej maszynka do robienia sobie samemu gofrów.  Tu się zatrzymamy na minutkę, nalejemy ciasta na taką patelnię z wypustkami i odkręcimy ja do góry nogami.  Po dwóch minutach wyciąga się gofra, który jest mniej słodki niż belgijski, ale tutejsi polewają toto syropem kukurydziannym (syrop glukozowo-fruktozowy), który z dodatkiem sztucznych i naturalnych koncentratów udaje syrop klonowy.  Także kładzie się na wierzch masło i czasem marmoladę.  Łolaboga, jakie to się robi mdłe i słodkie.  Amerykanie patrzą na mnie ze zdziwieniem połączonym z obrzydzeniem, gdy zamias mdlącosłodkich świństw, polewam sobie gofra sosem grzybowym, po uprzednim posypaniu aromatycznym, czarnym pieprzem.  Ów sos służy do polewania bisquitów, takich miękkich i łatwo kruszących się bułeczek z ledwo co wymieszanego ciasta pszennego.  I jajecznica, taka sama jak w Starym Kraju.

W międzyczasie z tostera wyskakuje mój bajgiełek, który smaruje się, tym razem, tak jak wszyscy to robią, kremowym serkiem i tu pieprz jest w pełni akceptowalny, choć Ela woli marmoladę.  Kawa, soki owocowe i co tam jeszcze.

Szkoda czasu.  O jedenastej prażymy się już w pięknym słońcu. Wiatr dmucha zdecydowanie od południowego zachodu, więc rozpakowujemy parasol, o którym była mowa w poprzednim minireportażu.  Kotwiczymy go w ziemi i kładziemy się obok. Niedospana noc owocuje tym samym błędem, co poprzednio, otóż zapadamy w głęboki sen.  Ale tym razem już jesteśmy w miarę odporni na radiację i po paru godzinach doznajemy tylko uczucia zesztywniałej skóry, nie mówiąc już o członkach.  Ten parasol to tylko dla picu, bo ani nie byliśmy w jego cieniu, ani nas przed wiatrem nie osłonił.

Pływać dziś nie będziemy, bo fale mogą nas rzucić o dno i podrapać o piasek, ale możemy się trochę powygłupiać we falach. Dobre i to, choć woda zimnawa, zdatna właśnie raczej do intensywnych wyczynów pływackich niż do igraszek.  W normalnych warunkach powinniśmy zbierać kolorowe kamyczki, ale na tej jakże cywilizowanej plaży kamyczków nie ma.

Obserwujemy lornetką łodzie, statki i okręty. Dziewczynki też, bo w pewnym wieku to nikomu nie szkodzi.  Zastanawiamy się, skąd tyle ludzi ma tyle pieniędzy, żeby pozwolić sobie na zakup żąglówki z dwoma masztami, zabawki w cenie ćwierć miliona zielonych plus koszty użytkowania.  Skromniejsze jednostki także się pojawiają i wcale nie gorzej spisują się na wodzie.  W dali widać pełnooceaniczne statki, czekające jakby na redzie do portu w Holland.  Chodzi też sporo wycieczkowców i jeden wielgachny prom na drugi brzeg jeziora do potru w Manitowock w stanie Wisconsin.

W pewnym momencie zrywa nas potężny ryk silników. Wydaje nam się, że to może jakiś samolot, albo nisko lecący helikopter, rozglądamy się i nic.  Dopiero po chwili zza wydmy wyłania sie stado kilkunastu harlejowców, które zatrzymuje się na parkowisku.  Idę porobić zdjęcia.  img_20160913_165344150_hdr1Chyba mnie nie przegonią, bo harlej to jest zawsze duma właściciela, który lubi jak się go podziwia.

Pod wieczór plaża zaczyna się wyludniać, ale my siedzimy twardo, zdając sobie sprawę, że jest to w tym roku ostatnia szansa pobycia nad wodą. Dopiero gdy w żołądku zaczyna ssać, pomału zbieramy sie do wyjścia.  Najsampierw zwijamy ten nieszczęsny parasol, potem ręczniki, plandekę, składamy krzesełka, bo tak, tym razem zabraliśmy również krzesełka.  Dopijamy wodę z lodem, już bez lodu, bo się stopił i sprawnie ładujemy się do poczciwego eksplorera, który jakby rozumiejąc, że chcemy go sprzedać, zaczął chodzić miękko, cicho i w miarę mało palić.

Teraz, po opłukaniu się pod prysznicem z piachu, jedziemy szukać miejsca, gdzie można by zjeść rybę, albo makaron z krewetkami. Śródmieście Holland wygląda ciekawie, choć prowincjonalnie, ale mamy reklimg_20160911_1721238371amówkę holenderskiej knajpy i tam się chcemy udać.

Trzeba trochę pokrążyć, bo roboty drogowe sąprowadzone wszędzie, ale za pomocą GPS’u odnajdujemy lokal. Właściwie niczym się nie różni od restauracji tubylczych, fish and chips oraz steki jak wszędzie, a zupa fasolowa z puszki, też jak wszędzie.  Obsługa okazuje się być bardzo sympatyczna, ale tutaj wszyscy są niezwykle mili.

Jutro ostatni dzień tych zwariowanych trzydniowych wakacji. Rozgrzani słońcem do białości, zasypiamy twardo i żadna kawa nie jest potrzebna, aby nam w tym dopomóc.  Nawet ta spieczona skóra za bardzo nam nie przeszkadza, nasączona grubą warstwą rozmaitych nawilżających i natłuszczających smarowideł.

O piątej rano wstaję i idę po porcję soków owocowych. Co się dzieje. Śniadanie już gotowe i czeka na żarłoków.  Zatem robimy sobie poranną wyżerkę, a potem jeszcze idziemy w pościel na dwie czy trzy godziny.  Tym razem logistyka stoi na najwyższym poziomie i przed dziesiątą jesteśmy gotowi do wyjazdu. Zastanawiamy się, czy pojedziemy tam gdzie zawsze, czy też do parku stanowego Van Buren, który położony jest o następne dziesięć minut drogi na południe.  Tam są kamyczki i po pierwsze, możemy sobie trochę nazbierać a po drugie wypróbować nowe gumowe kapcie plażowe.

Lenistwo przeważa, poza tym, nie wiadomo jak się zakończy sytuacja pogodowa, bo zapowiadają deszcze i burze. Idziemy więc w nasze stare miejsce i usiłujemy rozłożyć parasol, bo wietrzysko tym razem dmie już zdecydowanie.  Rzecz jasna złośliwa bestia wyrywa mi się z rąk i wędruje dobrych kilkaset metrów po piachu.  Spokojnie idę za nim, bo zaraz będzie wydma, na której się musi zatrzymać.

CDN

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s