Category Archives: Uncategorized

Do domu

Poprzedni odcinek

Pomni przepowiedni pogodowych, staramy się cały nasz wypoczynkowy dobytek trzymać w kupie, aby jak co, zgarnąć wszystko pod de pache i biec dosamochodu.  Jak na razie, więcej obłoczków niż słońca, ale jak już słoneczko wychodzi, to praży równo.  W oddali słychać jakieś niby pomruki grzmotów z piorunami, ale wygląda na to, że ciężkie, sine chmury idą na pełnym jeziorze wzdłuż brzegu na północ, dobre dziesięć mil od nas.  Dziś nie ma ani jednej żaglówki, ani żadnej innej jednostki pływającej.  Jest poniedziałek i ludziskom nie w głowie relaks, tylko trzeba zarabiać na codzienny hamburger. Jest prawie zupełnie pusto, łazi tylko jakiś profesjonalista ze sprzętem do wykrywania metali w nadziei znalezienia złotej fortuny zagubionej przez plażującego milionera. Na drugim końcu obiektu ktoś się rozłożył, a co jakiś czas przechodzą grupki spacerowiczów z butami w garści.

Continue reading Do domu

Advertisements

Koniec laby

Poprzedni odcinek tu

Motel nazywa się Quality Inn.  Ma tam jakieś promocje, na które należy się zapisywać.  Tak długo jak nie wymagają od nas zbyt wiele prywatnych detali, to niech im będzie. Dostaliśmy pokój przeznaczony dla inwalidów, pewnie panienka recepcjonistka lubi nas z jakichś powodów.  I tak, drzwi są najbliżej konsjerżki, a co to znaczy, za chwilę się okaże.  Także boczne wejście jest zaraz za rogiem, co umożliwia wyjście na papieroska (dobrze, że nie palę).  Łazienka nie ma wanny, ale za to jest podwójny prysznic w potężnej kabinie, a właściwie nie jest to kabina, tylko segment posadzki osłonięty nieprzemakalna kurtyną.  Mankamentem pokoju dla niesprawnych jest przesadna wysokość tronu w toalecie oraz łóżka, które wprawdzie jest strasznie szerokie, ale trzeba uważać żeby nie spaść, bo można sobie zrobić krzywdę.  Na przykład kuku na muniu.  Na obydwóch obiektach siedząc, nogi wiszą w powietrzu.

Continue reading Koniec laby

Dolce far niente

Poprzedni odcinek tu

img_20160912_1639020001

Jest trzecia po południu.  Niech choć te trzy godziny spędzimy na słońcu. Mijamy wejście do pięknej i odludnej plaży należącej do stanowego parku, ale nie wchodzimy, bo tu trzeba pół kilometra brnąć piaszczystym duktem przez las. Zaraz za mostem przez rzekę Kalamazoo znajduje się wjazd na sławetną plażę Oval Beach, szybko zabieramy graty i rozkładamy sie na gorącym piasku. Obiekt wygląda trochę mniej imponująco niż na zdjęciach, ale nam wystarczy.  Nie jest tłoczno, mimo że niedziela.  Tablice oznajmiają, że wstęp tu jest płatny, ale budka biletera zamknięta jest na głucho a nikt z tu obecnych nie wie nic o żadnych opłatach. No to robimy swoje. Jak to na plaży, rozglądamy się przy użyciu lernetki, trochę fotografujemy, czytamy, rozmawiamy, drzemiemy, a nawet przepływamy te kilkaset metrów tam i z powrotem od boi do boi. Podobno szaleją tu prądy ściągające pływaków na pełne morze, ale remedium na ten problem jest proste.  Należy podążac w poprzek kierunku nurtu i po kilkunastu metrach można sobie spokojnie dopłynąć do brzegu.  A w ostateczności nie trzeba robić nic, tylko cierpliwie płynąć sobie “na trupa”, zaraz prąd zakręci i zawróci nazad do stałego lądu.

Continue reading Dolce far niente

Pierwszy dzień wakacji

Poprzedni odcinek

 

Plany, plany…  Pamiętamy ten stary kawał o planowej gospodarce.  W sobotę wieczorem wieczorna msza i chwila wytchnienia wewnętrznego po tym całodniowym galimatiasie. Można instytucję Mszy przyjmować jako wyrzeczenie, a uczestnictwo w niej jako dobry uczynek, ale to chyba błąd, który popełniali faryzeusze.  Msza to jest dla nas przywilej, a korzyści z uczestnictwa przypadaja głównie nam, ludziom.

Forteklapa w kościele jak zwykle razi, ale sytuację stara się ratować delikatny akcent akustycznych gitar z rozważnie aplikowanym basem. Brakuje organów, które przecież Sobór uczynił instrumentem głównym i obowiązkowym.  Jakieś elektryczne organki kurzą się gdzieś pod ścianą, nigdy nie używane… Fortepian to zdecydowanie nie to.  Nie tu.

Continue reading Pierwszy dzień wakacji

Początki są najtrudniejsze

Poprzedni odcinek tu

Spotkaliśmy się z opinią, jakobyśmy pisali przezabawnie.  To miłe, ale kredyt nie należy się nam, tylko życiu, które pisze przezabawne scenariusze.  Życie przeważnie sobie z nas żartuje, tylko że my, zaślepieni naszym egocentrycznie emocjonalnym podejściem, opisujemy je przez pryzmat naszej permanentnej frustracji, czyniąc nasze relacje zwyczajnie nudnymi.  A tak niewiele trzeba, aby zgodnie z intencjami Życia, razem z nim  śmiać się radośnie na całe gardło.  Wszystko jest kwestią podejścia.

Powróćmy zatem do motywu naszego wakacyjnego wyjazdu.  Jak zdążyliśmy skonstatować, przeminęły z wiatrem już dwa cenne dni przeznaczone na wypoczynek.  Jednego dnia szykowaliśmy dzieci na wyjazd do nowej rezydencji, a drugiego dnia popadywało i siedzieliśmy w kuchni smażąc naleśniki oraz krokiety z mięsem rosołowym, aby się ono nie zmarnowało.  Mamy więc sobotę i dzieci jadą do domu, a my na wczasy.

Continue reading Początki są najtrudniejsze

Gotujemy piwo domowe

W przyszłym tygodniu (10 października) butelkowanie:

  1. 440 butelek piwa Pilsner
  2. 440 butelek Dortmundera
  3. 110 butelek Midas Touch

Zdjęcia wkróce.

 

Śmieszna sprawa.

Nic nie wyszło jak chcieliśmy.

 

Po pierwsze – zamiast Pilsnera wyszedł Dortmunder. Nienajgorszy, ale pilsnera to on nie przypominał.

Po drugie – to piwo, które miało być Dortmunderem, stało sie bombą wodorową na kółkach.  Kilka flaszek eksplodowało podczas leżakowania.  Ponadto, ponieważ sporządzane było na świeżym, niesuszonym chmielu, profil wyszedł zupełnie nieprzewidywalny, choć do zaakceptowania.  Obydwa piwa zaliczaja się do kategorii mocnych.

Nasze piwo Midas ma o wiele za dużo alkoholu.  Amerykanie lubią mocne piwa, które pozwalają im się ubzdryngolić tanim kosztem, ale przesłaniem piwowarstwa nie jest zaspokajać człowiecze nałogi, ale sporządzać napój, który pije sie w towarzystwie gładko i z przyjemnością.

Może innym razem.

Michigan późnym latem

Z poprzedniego podejścia do trzytygodniowych wakacji, które miało miejsce w ubiegłym miesiącu, wykrzesaliśmy właściwie tylko dwa dni, jakie mogliśmy spędzić jak się należy, mianowicie na słoneczku i nad wodą. Konsekwentnie proces chłonięcia owej heliocentrycznej energii musiał ulec daleko idącej intensyfikacji, (ilość przechodzi w jakość, psiakość) co zaowocowalo zmianą skóry, nie, nie przesłyszeliście się, nie zmianą zabarwienia skóry, ale zmianą skóry, która się po prostu złuszczyła, jak u tego węża grzechotnika Zdzicha, o którym śpiewał popularny zespół krakowskiej piosenki prześmiewczej lat temu ohohooo, a może jeszcze więcej.  Nabrawszy w ten sposób pewnej odporności na wnikanie ultrafioletu w głąb naszych nosorożcowych powłok, postanowilismy się że tak powiem (uczciwszy uszy) dopalić, tym razem na spokojnie, albo przynajmniej na wzlędnie spokojnie.

Continue reading Michigan późnym latem