Niedźwiedzie wydmy

Poprzedni odcinek

Parking przed motelem opustoszał.  Jeszcze tylko dwupiętrowy autokar zapakuje batalion wybebeszonych z życiowych oszczędności babć i dzi1200941543empirebluff715adków wracających sromotnie z kasyna do domciu, jeszcze jakiś zapóźniony biznesmen odjedzie na interwju i można odpalać. Kierunek na północ do Sleeping Bear Dunes, to chyba najwyższe wydmy na świecie (wszystko na tym kontynencie musi być największe, najgłębsze, najszybsze, najmądrzejsze…  ech nie rozpędzajmy się.  Ale na pewno są to najwyższe słodkowodne wydmy).  Niedaleko.  W tempie wycieczkowym powinniśmy tam dotrzeć w półtorej godziny.

Jest gorąco, ale poczciwe autko dmucha nam w gęby dwudziestoczterokaratowym ziąbem. Nie trzeba się spieszyć, droga ładna, teren lekko pagórkowaty, tu i ówdzie stoi domek letniskowy, a gdzieniegdzie pełnowymiarowy.  Samochody i łódki na sprzedaż wystawione na podjazdy przed domem ze stosowną inskrypcją.  Mijamy osady, w większości wczasowe, które zaludniają się właśnie teraz, a po sezonie pustoszeją.  Sezon wygasa w grudniu, po zakończeniu pory polowań na jelenia ze strzelbą bezdymną. Potem urzędują tu tylko o wiele mniej liczni entuzjaści łuku i czarnego prochu.

Making the long story short, po niecałej godzinie zjechaliśmy na zachód, dookoła imponująco wyglądającego śródlądowego jeziora, Crystal Lake.  Ciągnie się ono przez dwanaście kilometrów ze wschodu na zachód, a w najszerszym miejscu liczy sobie ze trzy kilometry.  Wschodni brzeg  jeziora oddalony jest od wybrzeża Lake Michigan o niecałe trzysta metrów.

Droga staje się kręta i wąska. Wreszcie zgodnie z mapą docieramy do miejsca zwanego Esch Beach. Jest tam wygodny i ocieniony leśny parking i bliski dostęp do plaży. Helios już w zenicie, warto więc się nieco powygrzewać.  Podobno należy unikać wystawiania się do słońca o tej porze dnia, ale widać, że przybyło sporo takich jak my, więc kiedy wejdziesz między wrony… albo inaczej, jak tu się mawia: w Rzymie rób to, co Rzymianie robią.

Szybko więc i sprawnie, ręczniczki, kocyk, golfowy parasol, jako ze plażowego jakoś nam się nie udało jak dotychczas nabyć, lornetka, woda z lodem i jeszcze tylko trzeba się przebrać w pobliskim klopie, który właśnie okazuje się być zajętym.

Mi to rybka, zakręcam się w ręcznik, chowam za otwarte drzwi samochodu  i po kilku sekundach mam na sobie slipki dynamówy co się kolanach wypychają, jako że spodenki uznawane w naszej europejskiej kulturze za normalne, tutaj graniczyłyby z nieprzyzwoitością.  Ale Żona to poważna matrona i ręczniczek, czy nawet dwa, to za mało.  Cierpliwie więc czeka, aż się zwolni drogocenne miejsce w betonowo-plastikowej sławojce.

W międzyczasie z nudów czytam plansze z informacją o tym miejscu i co my widziem proszę wycieczki? Otóż znajdujemy się na terenie parku narodowego, a nie stanowego i nasze michigańskie plakietki są warte tyle ile klej użyty do ich zafiksowania.  Trzeba do skarbonki wrzucić kopertkę z kasą, albo numerem karty kredytowej za wstęp do lasu.  Piętnaście zielonych.

Obok parkuje potężnym pikapem starszy ale dziarski jegomość z szanowną małżonką i powiada, że jemu niestraszne takie opłaty, bo ma taki bilet dożywotni dla starych dziadów, który kupił sobie za dziesięć dolarów, a dzięki któremu może sobie za friko parkować we wszystkich parkach federalnych w całym kraju.  Zaraz, przecież ja też jestem stary ramol i mi się również należy taka nalepka.

Przeczytawszy uważniej planszę, konstatujemy, że nieopodal znajduje się stacja strażników leśnych, gdzie można dopłaciwszy do parkingowej opłaty, taką przepustkę sobie załatwić.

W międzyczasie moje ślubne szczęście już zdołało sie przebrać, więc szybko wrzucamy opłatę  do skarbonki i idziemy sie prażyć.  Jeszcze w piaszczystym przejściu ktoś nas ostrzega, byśmy nie wleźli na niepozornie wyglądającą roślinkę panoszącą się na samym środku dróżki.  To poison ivy, trójlistny chwast parzący tak, że nasza rodzima pokrzywa to jest przy niej mały pikuś. Oparzenia po niej są cholernie trudne do wyleczenia, a skutki pozostają przez lata.  Można się także zakazić dotknięciem poparzonej osoby.  Czemu jej więc nikt nie wyrwie i nie spali?  Ano, tu jest rezerwat przyrody i nic nie wolno wyrywać, ponadto dym ze spalenia jest także trujący wielce.

Okazuje się, że owa plaża jest paskiem czystego piasku szerokości może dziesięciu metrów, albo mniej.  Ale to dobrze, bo jesteśmy zarówno na podwyższeniu plaży jak i blisko wody.  Oczywiście zbieramy i podziwiamy misternie obrobione przez Matkę Naturę kamyczki, podglądamy współplażowiczów, oglądamy przez lornetkę brzeg zakola plaży, która liczy sobie kilka kilometrów i nie myślimy o niczym.

Na północ od nas widać potężną wydmę, wysokości pewnie i z dwustu metrów, jest to już początek ciągu Sleeping Bear Dunes.  Porośnięta jest wydmową roślinnościa i  karłowatymi drzewkami.  Przez szkła widać też coś w rodzaju ścieżki, czy szlaku idącego trawersami ku wodzie.IMG_20160810_151249143_HDR[1]

Po jakimś czasie zapadamy w drzemkę.  To najgorsza rzecz, jaka może się na słońcu wydarzyć.  Za chwilę konstatujemy, że skóra jest sztywna i szczypie.  Oj, niedobrze…

Zatem w ruch idzie preparat Australian Gold, którego etykietka powiada, że chroni przez słonecznymi oparzeniami (musztarda po obiedzie) i galaretka aloesowa zwana z polska żelem.

Uciekać, uciekać zanim nas spali na węgiel. Kilkanaście kilometrów na półslbe_visitor_center_1noc, dokładnie pomiędzy dwoma parkami narodowymi znajduje sie przywitalnia, taka stacja, gdzie można sie zatrzymać, rozprostowac kości, poczytać plansze o miejscowych Indianach i obejrzeć kilka eksponatów w tym miniaturowym muzeum. Sympatyczna młodziutka mundurowa wystawia mi przepustkę emeryta do wszystkich parków Ameryki i jeszcze zwraca pięć dolarów nadpłaconych na parkingu.  Na gębę, bo przecież nie mam żadnego dowodu, że zapłaciłem.  O jedno tylko prosi, a to o adres kontaktowy na wypadek, gdyby ta opłata nie przeszła.  Taki sam dokument wyrabiamy dla tej mojej Queen Elizabeth, która też już jest w odpowiednim wieku (tylko morda w kubeł, please!!!).

Teraz podjedziemy do samego punktu Sleeping Bear. Łolaboga!  Widzimy piaszczystą płaszczyznę długości dwóch kilometrów a szeroką na kilometr, wiodącą paręset metrów w górę. I jak mróweczki, szaleńców, którzy się na tę megamuldę usiłuja wspiąć.  Po piachu po kostki albo i po kolana.  O, nie, my nie masochiści.  Zawracamy do pobliskiego miasteczka Glen Arbor.

Glen Arbor to miejscowość typowo turystyczna.  Szukamy jakiegoś motelu, może dzień jutrzejszy da nam szanse na dalsze wylegiwanie się na gorącym piasku.  Ano, jest jakiś dość prymitywnie wyglądający przybytek, nawet wisi tam polska flaga.  Ale zaraz przy niej powiewa tęczowa chorągiew pedalska,  zatem z piskiem opon robimy power slide i już nas nie ma.3724833

No to zajedźmy do miasta. Na tablicach przydrożnych reklamuje się kilka miejsc bed and breakfast, ale ceny sa co najmniej zaporowe, czemu dziwić się nie sposób, jako iż mamy szczyt sezonu. Zapytajmy więc na stacji benzynowej.

Bardzo miła pani benzyniarka ze śpiewnym zaciągiem informuje nas że nad pobliskim śródlądowym jeziorem jest dobrze utrzymany motel.  Dziękuję.  Ale chwileczkę, ja dumaju szto wy iz Rassiji.  A atkuda wy paznali? Ja swaich biez głaz odkrywanija rasspoznat’ umieju.  Nu to wy toże russkij?  Niet, my iz Warszawy.  Oczień priatna.  Ja wam kartu pakażu sztob wy nie patierialis’.  Krasiwaja karta. Eto pa waszemu sczitu…  I tak dalsze. Patrzcie państwo, na najdalszym krańcu swiata, gdzie pies dupą szczeka, można sobie bo naszemu, albo prawie po naszemu pogawędzić.

Motel nam się nie podoba.  Przynajmniej nie za taka cenę. Wracamy przeto do miasta na obiad. Patrzymy, ładna knajpa, ale ludziska bez krawatów, a nawet w szortach.  No to się pakujemy do środka i otwieramy jadłospis.

Cóż, w normalnych warunkach ceny podniosłyby włos na głowie, ale po pierwsze, jakoś z tym włosem krucho, a po drugie, przecież to jest coś w rodzaju Krynicy Morskiej, więc jakby to powiedzieć, warunki bojowe.  Zamawiamy więc po talerzu linguini con vongole, które pamiętamy jeszcze z Rzymu sprzed ponad trzech dekad.

Te vongole to są takie małże, podobne do niniaturowych rodzimych szczerzuj, tyle że w Rzymie były one koloru czarnego, a te tutaj są jasne. Także tutejsze są nieco większe od śródziemnomorskich oryginałów.  Ale oprócz owych mięczaków, w talerzu znajdujemy całe mnóstwo innych najprzerozmaitszych wodnych monstrów, od krewetek aż do niewielkich rybek, tylko ośmiorniczek tu brakuje.  Wszystko doskonale zrobione i smakuje prawie jak w słonecznej Italii. No to teraz już wiemy, skąd się wzięły takie szokujące cyferki na menu.

Przy sąsiednim stoliku siedzi para, dziadek i babcia, w póżnych siedemdziesiątkach. W pewnym momencie, słyszę, że babcia wstaje, a moja Ela powiada, tylko się nie odwracaj. Także dziewczynka (dla starego człowieka wszystkie niewiasty to dziewczynki) z trójką dzieci robi karpia. W języku rodzimym dowiaduję się, iż owa powstająca dama odziana była w podkoszulek nie przykrywający majtek od kostiumu.  Pytam się, wciąż nie odwracając głowy, czy te gacie są ze sznurka, ale odpowiedzi nie uzyskuję.  I to ma być sprawiedliwość. Kobity, nawet niezbyt młode, mogą sobie nosić kuse plażowe ubranka, a chop powinien paradować w ineksprymablach po pięty.  Co za kraj…

Także pod drugiej stronie od stolika powstaje babcia w kostiumie plażowym, ale nań ma nałożone dość przyzwoite, choć półprzezroczyste wdzianko z gustowną aplikacją.  No, niech będzie.  Następnym razem przyjdę w slipkach Speedo.

To będziemy posuwać się w kierunku cieśniny Mackinaw.  W mieście, wiem na pewno, są niezbyt drogie jak na sezon i okolicę motele. To niezbyt daleko i w trzy godziny spokojnej jazdy powinnśmy tam być.

Ale dwa dni spędzone w pełnym słońcu dają o sobie znać. Łapie nas niechęć do życia już w mieście Traverse City, więc skręcamy do pierwszego w miarę przyzwoicie wyglądającego przybytku.

W Traverse City jest zarówno jezioro, nazwijmy to, śródlądowe, jak i dostęp do jeziora Michigan.  Nie dziwota, że ceny są tu turystyczno-wczasowe, co zresztą dotyczy też niestety naszego moteliku.  Ale widać, że jest w miarę czysto i kierownik chodzi w białych skarpetkach bez butów, więc niech już będzie ta nasza krzywda, zostajemy.

IMG_20160811_095502130_HDR[1]

I teraz szybko przez noc trzeba odchorowac te nasze słoneczne przypalenia. Smarujemy się grubo czymkolwiek, co tylko tłustego mamy w jukach, a na wierzch aloesową galaretką. Tak więc na drugi dzień rano jest nieco ulgi. Nie ma co czekać, uzupełniamy zapas lodu i w drogę.

Widzimy wielką mnogość wypożyczalni rowerów. Obok przemyka tandem z dwoma dziarskimi chłopakami, a z tyłu powiewa pomarańczowa szmatka z jakimś napisem. Stare oczy nie dowidzą, ale zakładamy, że jest to parafka jednej z owych wypożyczalni. Wyjeżdżając aczkolwiek z miasta zauważamy, ze pojawia się więcej i więcej rowerów i tandemów z takimi plakietkami.  Coś tu chyba nie tak z tą wypożyczalnią, ponieważ większość z tych wehikułów należy do najwyższej półki.  Sporo jest klasycznych górali a gdzie się pojawia szosowiec-pożeracz przestrzeni, to najczęściej absolutny rarytas, wart nawet i parę tysięcy.

Za miastem cyklistów pojawia się coraz więcej, jadą bardzo profesjonalnie, prawą stroną po pasie dla rowerzystów, niektórzy spacerkiem a niektórzy kręca zawzięcie mimo mrozu trzydzieści stopmi C na plusie.  Wszyscy mają pomarańczowe identyfikatory. Nie liczymy ich, ale wydaje się, że jest ich wieluset.  Większość tych szaleńców wygląda na ponad pięćdziesiąt wiosen, są też starsi i jest trochę młodszych.

Na stacji benzynowej, gdzie uzupełniamy paliwo, zagadka się wyjaśnia.  To jest rajd rowerowy, ogólnokrajowy. Na plakietkach widnieje nazwisko uczestnika, nazwa klubu i stan, z którego przybył. Są kolarze nawet z dalekiej Alaski.  Z Hawajów jednakże nie dostrzegliśmy nikogo.

Następne większe miasto nazywa się Petoskey. Przy wjeździe wpadamy na potężny korek, długi chyba na milę. Ale dokonujemy rodzaju oszustwa, podjeżdżamy prawą linią, a następnie jakiś dobry człowiek wpuszcza nas w główny nurt.  Okazuje się, że nad brzegiem jeziora jest jakiś festiwal połączony z kiermaszem.  W miarę szybko przebywamy krytyczny odcinek i już jesteśmy na wylocie.

Ale intuicja nam podpowiada, że arteria, z którą krzyżuje się nasza droga, może wieść do centrum handlowego. Może trafimy na walmart, gdzie zaopatrzymy się w pamiątki i wodę sodową z lodem.

Ależ tak. Jest walmart.  Parkujemy i szybko biegniemy do środka, ponieważ za chwilę zacznie padać. Po raz trzeci jesteśmy w tym rejonie i po raz trzeci pada, tyle że dziś dla odmiany gorąco.

Jak na złość, jest parasol plażowy z boczkami.  Musztarda po obiedzie. Cóż, nabywamy ów nieszczęsny gadżet, żeby było na przyszłość, kilka pamiątek i w dziale przecen cztery poduszki do kanap po dolarze za sztukę.  Takie nie do opierania głowy, tylko do welcome mackinaw.jpgpatrzenia się na nie.

Stąd do Mackinaw City już tylko żabi skok. Ten odcinek to już strefa typowo wczasowa i to wyższego sortu.  Po obydwóch stronach drogi widać chałupy warte niewyobrażalną sumę zielonych, resorty, hotele, a po lewej już wybrzeże.  Ładnie tu, choć tłoczno. Potem trochę lasów, poletek i wskakujemy na autostradę, z której za dwie mile trzeba uciekać do miasta.

CDN

Advertisements