Podróż dookoła jeziora

Poprzedni rozdział

W planie mieliśmy objechać wokół jezioro Michigan. Obwód tego tworu skromnie zwanego jeziorem wynosi kilkaset mil, a na pewno tysiąc kilometrów. Akwen ma kształt wyciągniętego owalu, kopniętego nieco u góry, o dłuższej osi biegnącej z północy na południe, lub odwrotnie. Po zachodniej stronie znajduje się najdłuższy na świecie, bo liczący ponad pięćset kilometrów ciąg słodkowodnych plaż. Popularne tu hasło brzmi:  “Nie ma soli, nie ma rekinów, nie ma zmartwień”. Zatem wczasowicze ciągną tu jak muchy do miodu, a ceny noclegów i innych usług to odpowiednio odzwierciedlają.

Wiatr tu dmie z zachodgreat_lakes_no_salt_t_shirtu, a więc fala obmywa plażę jak nad Bałtykiem i wszystko sprawia wrażenie nadmorskiego regionu z kurortami i parkami leśnymi z tą tylko różnicą, że woda nie jest słona. Nie należy jednak paść ofiarą złudzenia bezpiecznej wody.  Sztormy na jeziorze Michigan pochłonęły niejeden oceaniczny statek z ładunkiem.  Nie tylko zresztą tutaj, ale na dnie wszystkich pięciu Wielkich Jezior leży wieleset wraków większych i mniejszych.

W jaki sposób dojechaliśmy do zachodniego wybrzeża, mniej więcej w środku jego długości, pisać nie będziemy, by pochopnie a niepotrzebnie nie zdradzać miejsca naszego w miarę stałego pobytu. W każdym razie późnym popołudniem dotarliśmy do miasta Manistee i zajęli pokój w nienajgorszym motelu Microtel.  Następnie jęliśmy szukać miejsca, gdzie można conieco przekąsić, jako że w drodze zdążyliśmy porządnie zgłodnieć

Manistee to indiańska nazwa i oznacza prawdopodobnie ducha lasu w języku Odżibłej. Są też inne wersje genezy tej nazwy.  Zamieszkuje tu od zawsze plemię Ottawa (Odawa), które dziś, jako gospodarze regionu, cieszy się ulgami podatkowymi.  Indianie wybudowali sobie kasyno, w którym za swą krzywdę odbierają bladym twarzom ich najświętszą wartość, ich zielonego boga zwanego dolarem. Znaki drogowe noszą tu dwujęzyczne inskrypcje, otóż po angloamerykańsku i po indiańsku, a stacja benzynowa nazywa się punktem wymiany i mozna tu zakupić indiańskie pamiątki, niektóre made in China.

Cóż, wydawało nam się, że w szortach nie wypada wchodzić do poważnego przybytku sztuki kulinarnej, a wszystkie mniej poważne właśnie są zamykane.  Jednak jeden Indianin Ottawa, a może Odżibłej, jako że tacy też tu zamieszkują, skierował nas dwa kilometry w głąb lądu, gdzie otwarta była jeszcze dość miła knajpka, a tam moja Niwiiw (to znaczy moja Żona w miejscowej mowie) zamówiła sobie krwistego steka, który jeszcze skakał po talerzu, a sam, jako niezbyt mięsożerny zaliczyłem spory talerz linguini z rozmaitymi wodnymi stworami, wśród których królowały spore krewetki.

Przy motelu parkował potężny Harley Davidson, z silnikiem chyba półtoralitrowym.  Jakież było nasze zdumienie, gdy zobaczyliśmy niepozorna starszą panią, może siedemdziesięcioletnią, dziarsko wsiadającą na siodełko i z rykiem ruszającą na przejażdżkę po okolicy. Epizod to na pozór nieistotny, ale proszę o cierpliwość.

Następnego ranka należało skorzystać ze śniadania, którego cena wchodziła w koszt pobytu. I tu niespodzianka. Nadbiegła grupka roześmianych i rozgadanych babć w wieku od późnych sześćdziesiątego do mocno ponad siedemdziesiąt. Na plecach ich koszulek widniał napis “Sisters of the Wind”, a na skórzanych kurtkach po prostu “Harley Davidson”.  Wyjrzeliśmy na parking.  Stało tam już całe stadko pewnie z półtora tuzina wielkich i ciężkich harlejów.  Wyciągnąłem telefon, by cyknąć parę zdjęć, ale przecież nie wypada fotografować tak nachalnie.  Więc ukradkiem zrobiłem jedno dyskretne zdjęcie od tyłu ostatnich motocyklistek, które skwapliwie załączam.  Proszę mi wierzyć, że wśród nich nie było ani jednego chłopa. Same babcie.  Fajny sposób na starość.IMG_20160810_081624519_HDR[1] W Manistee znajduje się dość szeroka plaża, ale zaraz przy mieście u wejścia do portu.  O kilka mil na północ jest park stanowy zwany Orchard Beach z mniej zaludnionym dostępem do wody i tam zdecydowaliśmy sie rozłożyć. Miejsce do parkowania jest zadrzewione, więc mogliśmy ustawić samochód w cieniu i zaraz obok drewniane schody prowadziły w dół skarpy nad wodę.

Szło się i szło po tych schodach i dojść nie można było. Wreszcie okazało się, że owa plaża jest szeroka na pięć jedynie metrów, a miejscami nawet mniej.  Ale może to i dobrze, bo załamania skarpy chronią plażujących przed spojrzeniami ewentualnych podglądaczy.

IMG_20160809_150331841[1] Traf chciał, że zwolniło się miejsce na szerszym nieco miejscu, gdzie stała ławka przy stoliku piknikowym, a obok leżało kilka kłód wyrzuconych przez fale.

Na plaży nie wypada tak po prostu leżeć plackiem. To błąd, IMG_20160809_154710228[1]który owocuje intensywną, a nierówną spaleni
zną.  Wobec tego trzeba sobie znaleźć jakieś zajęcie.  Wobec braku miejsca na gry plażowe, pozostawało zbieranie rozmaitych  różnokolorowych, a często wzorzystych kamyków i poważnych kamieni, wygładzonych przez wodę w najrozmaitsze kształty. Żałowaliśmy, że nie jesteśmy w stanie dźwignąć większych okazów, które stanowiły prawdziwe arcydzieła autorstwa matki Natury.

IMG_20160809_153142571[1]

 

IMG_20160809_165736549[1]

 

Pierwszy dzień prawdziwych wakacji ze wszech miar był udany, dopisało słońce i pogoda, woda i gorący piasek.  Czego więcej trzeba starszym ludziom o tej porze roku?

CDNIMG_20160809_173028748_HDR[1]