Skończyły się wakacje…

Poprzedni rozdział

Cóż, sobota jak sobota.  Trochę kucharzenia przy gazowym palenisku czyli grillu, trochę pogawędek ze starymi znajomymi, trochę prób na straszliwie zdezolowanej gitarze, gdzie struna G związana jest na supeł z jakimś drutem zaraz za siodełkiem, a na koniec trochę relaksu, gdy towarzystwo zapragnęło sobie pooglądac olimpiadę na telewizorze.  Bo ja nie lubię telewizorów.  Ktoś przywiózł piwo, nawet może byłoby niezłe, ale browar wpadł na iście amerykański pomysł zawczasu dodać do napoju soku z cytryny. A na wódkę nie bylo ochoty z uwagi na temperaturę. Ploty, ploty, polityka, jak to u Polaków, a potem chwalenie się ilością i liczbą posiadanych lekarstw, bo w tym wieku każda rozmowa kończy sie właśnie tym wątkiem.  Co za szczęście, że mi osobiście przyszło w tej materii znaleźć się na chwalebnym ostatnim miejscu i daleko od podium.

Wielu z naszych znajomych akurat wybyło na wakacje, albo na weekend, tak więc nie było ich w mieście, postanawiamy zatem w miarę możliwości powrócić tu, gdy kolory na drzewach będą już prominentne i przy odrobinie szczęścia może wreszcie zahaczymy o to upragnione Door County.

Następny ranek rozpoczyna się zapachem kawy i rzecz jasna babskim trajlunkiem.  Trzeba iść do kościółka, jako że niedziela.  To nawet niedaleko.  Kościół nowoczesny, zimny jakiś, ale starszy ksiądz proboszcz podchodzi się przywitać z nieznanymi dotąd parafianami, czyli z nami.  Nie, my nie parafianie, tylko goście.   To tym lepiej, bardzo miło i tak dalej. Atmosfera ociepla się znacznie.  Prowincjonalni Amerykanie to ludzie dość zyczliwi sobie wzajemnie i dlatego są wdzięcznym celem właścicieli tego swiata, usiłujących przepokraczyć ich w bezmyślne automaty.

IMG_20160814_112754268[1]

Zwiedzamy przybytek z ciekawościa rozglądając sie po wystroju.  O, są organy.  Elektryczne co prawda, ale zaraz obok stoi sympatyczna replika wczesnego instrumentu piszczałkowego.  IMG_20160814_112701554[1]Oczywiście, forteklapa jakaś też jest.  Dźwięk fortepianu w kościele jakoś razi.  Bardziej razi, niż gitara, która potrafi uzupełniać się z głosem organowym.  Szukamy tabernakulum. Jakos bezskuIMG_20160814_112733423[1]tecznie.  Jeszcze sprawdzamy, czy parafia naprawdę należy do diecezji Milwaukee. Należy.  Więc gdzie tabernakulum?  Ksiądz nam pokazuje – jak to gdzie.  O, tu:

O tempora!

 

 

 

Przed kościołem stoi istne cacko.  Samochód może o trzy, albo cztery lata młodszy od piszącego te słowa. Pontiac Belvidere.  Coś pięknego i doskonale utrzymany.

Wreszcie jeszcze jedna kawka i w drogę.  Do Chicago mamy jedynie godzinę jazdy.  Tam jeszcze odwiedzimy naszych przyjaciół, u których trzepie się majonezy i gotuje piwo, jako że maja ku temu warunki w postaci niewielkiej fabryczki przetwórstwa żywności, który to zakładzik miałem przyjemność projektować osobiście lat temu dość sporo.  I znów pogaduszki do późnej nocy, a na drugi dzień do pełni dnia, przez co po zakupie zapasu jadalnego jedzenia w polskim sklepie spożywczym, wchodzimy w gigantyczne przysłowiowe chicagowskie korki, jako że godzina szczytu i wyjazd z miasta zajmuje nam ponad trzy godziny.  W dodatku gdy tylko wyskakujemy na autostradę, zrywa się taka lumpa, że przez ścianę deszczu nie widać wyciągniętej przed siebie ręki. Gdy zapada noc, musimy się więc zatrzymać w motelu, na szczęście ceny noclegów w tej okolicy nie są już tak niebotyczne, jak w rejonie wczasowym.

W ten sposób prosto niemal z trasy trzeba było biec do roboty.

I tak skończyły się nasze zwariowane wakacje 2016.

Koniec.

IMG_20160824_243753862[1].jpg